Syndrom dziewczynki z zapałkami to mechanizm zadowalania innych, w którym stawiasz potrzeby innych ponad sobą i próbujesz zasłużyć na miłość poprzez bycie miłą i pomocną. W psychologii często mówi się o people pleaserach – osobach, które nadmiernie dopasowują się do innych kosztem siebie. Bardzo często syndrom ten dotyka kobiet wychowywanych na „grzeczne dziewczynki”.
Znam ten mechanizm z własnego doświadczenia.
Dlaczego dziewczynka z zapałkami to people pleaser?
Dziewczynka z zapałkami nie umarła tylko z zimna. Umarła również dlatego, że oddała całe swoje światło innym. Pokochaj mnie, zaakceptuj mnie, wybierz mnie – a ja dam Ci wszystko, co mam.
Przez większość swojego życia zachowywałam się jak ta mała dziewczynka. Oddawałam siebie za darmo. Swój czas, zaangażowanie, serce. Ze snu wybudziłam się siedem lat temu, gdy znalazłam w sobie odwagę, żeby się rozwieść. Byłam wtedy skrajnie wyczerpana. Nie miałam już siły robić dobrej miny do złej gry. I dopiero wtedy zaczęłam rozpoznawać w sobie nieukochaną dziewczynkę z zapałkami.
Dziewczynkę, która daje innym swoje ostatnie zapałki, licząc, że w zamian dostanie trochę ciepła, miłości i akceptacji. Tylko problem polega na tym, że kiedy całe życie rozdajesz swoje światło innym – w końcu sama zaczynasz gasnąć.
Syndrom dziewczynki z zapałkami: Trzy przekonania people plesera
Kiedy dziś patrzę z czułością na siebie sprzed siedmiu lat, widzę, jak mocno działał we mnie program zadowalania innych i ciągłego dopasowywania się. Co ciekawe – wtedy kompletnie tego nie widziałam.
Bo syndrom zadowalacza bardzo rzadko wygląda na pierwszy rzut oka jak problem. Wręcz przeciwnie często ukrywa się pod pięknymi etykietami:
- „jestem pomocna”,
- „jestem empatyczna”,
- „jestem dobrą osobą”.
A pod tym wszystkim kryje się lęk przed odrzuceniem i kruche poczucie własnej wartości. Dlatego pokażę Ci trzy przekonania, które zaczęły wypływać na powierzchnię, gdy powoli wychodziłam z roli people pleasera i zaczynałam wybierać siebie.
1. „Muszę zasłużyć” kontra „Moja obecność wystarczy”
Przez długi czas zdanie: „Moja obecność wystarczy” w ogóle nie mieściło mi się w głowie. Bo moje bazowe przekonanie brzmiało: „Muszę zasłużyć”, czyli bardziej się postarać, zrobić coś ekstra, być wyjątkowa.
Sama moja obecność wydawała mi się niewystarczająca. I właśnie tutaj dotykamy samego sedna people pleasingu. Zadowalanie innych bardzo rzadko rodzi się z poziomu świadomej, dorosłej kobiety. Ten program najczęściej instaluje się we wczesnym dzieciństwie.
Wtedy, gdy jako mała dziewczynka dostajesz sygnał, że miłość, uwaga i akceptacja pojawiają się głównie wtedy, gdy spełniasz oczekiwania innych. Czasem dzieje się to bardzo subtelnie.
Może w Twoim domu liczyły się wyniki, dobre oceny i osiągnięcia. I właśnie wtedy rodzice naprawdę Cię dostrzegali. A kiedy nie byłaś „najlepsza” – stawałaś się niewidzialna. Dziecięcy umysł wyciąga wtedy bardzo prosty wniosek:
Aha… kiedy osiągam sukcesy, jestem coś warta. Mama jest wtedy ze mnie dumna. Wtedy zasługuję na uwagę i miłość.
W innych domach mechanizm rodził się, gdy ktoś w rodzinie chorował. Mama była w depresji. Tata uzależniony od alkoholu. Atmosfera była trudna i niestabilna. I wtedy jako mała dziewczynka zaczęłaś przejmować odpowiedzialność za domowników, za ich potrzeby i emocje. I powstało przekonanie:
Najpierw muszę zadbać o innych. Moje potrzeby nie są przecież takie ważne.
A może w dzieciństwie słyszałaś: Ale grzeczna dziewczynka. Ona nigdy nie sprawia problemów. Nikomu nie przeszkadza. I nauczyłaś się, że kiedy jesteś cicha i „grzeczna” – dostajesz odrobinę uwagi i akceptacji.
To właśnie w takich momentach rodzi się people pleasing. Gdy dziecięcy umysł próbował znaleźć sposób na miłość, bezpieczeństwo i przetrwanie. I nawet kiedy później świadomie zaczynamy uwalniać przekonanie: „muszę zasłużyć”, to ciało i podświadomość często stawiają opór.
Dlatego zatrzymaj się teraz na chwilę i sprawdź to w sobie. Nie tylko w głowie, ale przede wszystkim w ciele. Które zdanie jest dla Twojej podświadomości bardziej prawdziwe? „Moja obecność wystarczy” czy „Muszę zasłużyć na miłość i akceptację”?
2. „Jestem odpowiedzialna za to, co czują i myślą inni”
To drugie przekonanie jest niezwykle mocne. I szczerze? Widzę je u ogromnej liczby kobiet już podczas pierwszych sesji.
Bardzo często słyszę wtedy:
- „Ale przecież jeśli zacznę mówić, co naprawdę myślę i czuję, to kogoś skrzywdzę”.
- „Komuś będzie przykro”.
- „Wyjdę na egoistkę”.
- „Ludzie pomyślą, że się zmieniłam”.
I doskonale znam ten mechanizm, bo sama przez niego przechodziłam. Kiedy się rozwodziłam, toczył się we mnie potężny konflikt wewnętrzny. Z jednej strony czułam, że dłużej już nie mogę żyć wbrew sobie. Że jestem skrajnie zmęczona. Że gasnę. A z drugiej strony pojawiały się myśli: Jak mogę odejść?; Przecież skrzywdzę drugą osobę; Przecież ślubowałam: dopóki śmierć nas nie rozłączy.
I dziś widzę bardzo wyraźnie, że to nie był tylko mój indywidualny program. To jest kolektywny program wielu kobiet. Dziedziczony z pokolenia na pokolenie. Od małego uczono nas, że dobra kobieta to taka, która „nie jest egoistką”, czyli:
- wszystko wytrzyma,
- wszystko zrozumie,
- wszystkich uratuje
- i jeszcze zrobi to z uśmiechem.
Dlatego kiedy zaczynamy mówić „nie”, stawiać granice albo wybierać siebie – w środku często uruchamia się ogromny lęk. Bo podświadomie boimy się, że jeśli przestaniemy brać odpowiedzialność za innych ludzi, ich emocje i samopoczucie, to okażemy się złe, niewdzięczne albo egoistyczne.
I później jako dorosłe kobiety nosimy ten ciężar przez całe życie. Tylko że prawda jest taka: nie jesteś odpowiedzialna za emocje całego świata. Możesz być empatyczna, wrażliwa, komunikować się z szacunkiem i uważnością. Ale emocje drugiego człowieka nadal należą do niego. I to jest jedna z najtrudniejszych, ale jednocześnie najbardziej uwalniających lekcji wychodzenia z roli people pleasera.
3. „Jeśli nie dam z siebie wszystkiego, nie będę dobrym człowiekiem”
Idąc jeszcze głębiej – bardzo często docieramy do przekonania: „Nie jestem wystarczająco dobra”. I to jest moment, w którym warto jeszcze raz wrócić do syndromu dziewczynki z zapałkami. Popatrz na pudełeczko z zapałkami, które dziewczynka trzyma w dłoniach. Co ono symbolizuje?
- Twoje światło.
- Twoją energię życiową.
- Twój potencjał.
- Talenty i dary, którymi możesz dzielić się ze światem.
I tutaj bardzo ważne rozróżnienie: dzielić się to nie to samo co rozdawać siebie za ochłapy miłości i uznania. Bo jeśli nawykowo wchodzisz w rolę dziewczynki z zapałkami, zaczynasz wierzyć, że musisz stale udowadniać swoją wartość. Tak bardzo boisz się, że nie jesteś wystarczająco dobra, że próbujesz ukryć to przed światem.
Dlatego rozdajesz kolejne zapałki. Pomagasz ponad siły. Ratujesz innych. Jesteś dostępna dla wszystkich i o każdej porze. Bo gdzieś głęboko pod spodem działa lęk: „Jeśli przestanę dawać, pomagać i usługiwać – wyjdzie na jaw, że jestem niewiele warta”.
Ważne: nie neguję tutaj wrażliwego serca. Wrażliwość jest piękna. Empatia jest piękna. Pomaganie płynące z miłości jest piękne. Ale jeśli Twoje wrażliwe serce staje się wycieraczką dla wszystkich wokół – nawet tych, którzy wchodzą w Twoją przestrzeń z zabłoconymi buciorami – to warto zatrzymać się i zapytać siebie: „skąd naprawdę bierze się teraz moja potrzeba pomagania?”
Lęk przed odrzuceniem a brak granic w pomaganiu
Pod syndromem zadowalania innych bardzo często ukrywa się silny lęk przed odrzuceniem i porzuceniem (Stawianie granic: jak wyjść z lęku, gdy powiesz „nie”). Co ciekawe, ten lęk może być całkowicie nieuświadomiony. Gdyby siedem lat temu ktoś zapytał mnie: „Czy boisz się odrzucenia?”, prawdopodobnie zaprzeczyłabym bez chwili zastanowienia.
Byłam wtedy tak mocno odłączona od siebie, że cała moja uwaga była skierowana na innych ludzi: co czują, co myślą, czy są zadowoleni i czy wszystko między nami jest w porządku. Byłam zaprogramowana na ciągłe dostrajanie się do otoczenia. I uparcie powtarzałam: Ja po prostu lubię pomagać; Lubię być dobrym człowiekiem.
Dziś widzę, że być może próbowałam przekonać o tym również samą siebie. Bo na zewnątrz byłam uśmiechnięta, pomocna i silna. A w środku mieszkała poraniona mała dziewczynka. Przez wiele lat kierowałam całą uwagę na zewnątrz, żeby nie czuć własnego cierpienia. Bo dużo łatwiej było ratować świat niż usiąść przy swojej wewnętrznej pustce.
Od dziewczynki z zapałkami do wolnej kobiety
Od czasu rozwodu rozbroiłam wiele przekonań i uwolniłam wiele lęków. I jestem za to ogromnie wdzięczna. Jednak z perspektywy czasu widzę też coś bardzo ważnego: zbyt dużą uwagę skupiałam na uzdrawianiu przeszłości, a za małą na tworzeniu nowej wizji siebie.
Za rzadko zadawałam sobie pytanie:
- „Jaką kobietą wybieram teraz być?”
- „Jaką energię decyduję się ucieleśniać?”
- „Jaką rolę zaczynam świadomie tworzyć?”
Bo można utknąć w niekończącym się analizowaniu ran, uwalnianiu i wracaniu do przeszłości. A kiedy cała nasza uwaga i energia krążą wokół bólu, bardzo łatwo nieświadomie zatrzymać się właśnie tam – w starej historii o sobie. Dlatego w pewnym momencie poczułam, że samo uzdrawianie już nie wystarczy.
Potrzebowałam porzucić nawykową rolę dziewczynki z zapałkami, a zacząć świadomie wybierać nową. Kobietę:
- która lśni swoim światłem i nie ukrywa się, żeby komuś nie było przykro;
- która potrafi z życzliwością powiedzieć „nie” i z otwartością powiedzieć „tak”, kiedy naprawdę ma na to ochotę;
- która jest połączona ze sobą i ufa swojej intuicji;
- która nie zdradza siebie po to, żeby zostać wybraną.
Wraz ze zmianą wewnętrznej roli zaczęła zmieniać się również moja energia. Ciało zaczęło się rozluźniać. Powoli puszczałam kontrolę. Przestałam czuć, że cały czas muszę walczyć o miłość, uwagę i miejsce dla siebie. I wtedy zaczęła się moja prawdziwa wolność.
Jak wyjść z syndromu zadowalania innych? Praktyczne kroki
Może podczas czytania tego materiału pojawił się w Tobie opór albo złość: „Ale ja naprawdę lubię pomagać. O co właściwie chodzi?”.
Dlatego znowu mocno podkreślam: to nie jest materiał przeciwko pomaganiu. Sama lubię pomagać. Mam w sobie dużo wrażliwości i empatii. Różnica polega na tym, że dziś sprawdzam, z jakiego miejsca to robię.
- Czy pomagam z poziomu miłości i wewnętrznej obfitości?
- Czy może z lęku przed odrzuceniem?
To rozróżnienie zmieniło u mnie naprawdę bardzo dużo. Dlatego chcę pokazać Ci kilka metod, z których sama korzystałam i które bardzo pomogły mi wychodzić z syndromu dziewczynki z zapałkami.
Krok 1: Poczuj swoje ciało i sprawdź postawę
Kiedy komuś pomagasz albo próbujesz kogoś zadowolić – zatrzymaj się na chwilę i sprawdź swoje ciało.
- Jaka jest Twoja postawa?
- Jesteś wyprostowana czy skulona?
- Rozluźniona czy spięta?
- Czujesz spokój czy napięcie?
Postawa dziewczynki z zapałkami: ciało skulone, skurczone, zapadnięte, wstrzymany albo szybki oddech.
Postawa dorosłej kobiety: sylwetka wyprostowana, klatka otwarta, oddech spokojny.
Dorosła kobieta pomaga, ale nie rozdaje siebie za odrobinę uwagi i akceptacji. Ona ma ogień w sobie. Nie oddaje swoich zapałek każdemu. Korzysta ze swojego potencjału do rozpalania wewnętrznego ognia. I przy tym ogniu inni ludzie również mogą się ogrzać. Ale kiedy potrzebuje odpoczynku i regeneracji – potrafi zamknąć drzwi i wrócić do siebie.
Krok 2: Otwórz drzwi swojej małej dziewczynce
Drugą rzeczą, która bardzo mi pomogła, były regularne spotkania z moją małą dziewczynką. I nie – one nie zawsze przepełnione są śmiechem i światłem. Czasami pojawia się smutek. Złość. Bezsilność. Żal. I to też jest w porządku.
Ta mała dziewczynka przez lata stała na mrozie ze swoimi zapałkami i bardzo potrzebowała miłości. Dlatego przyszło do mnie wewnętrzne rozwiązanie, że przecież zamiast zostawiać ją na zewnątrz, mogę otworzyć jej drzwi. Zaprosić do środka i ogrzać ją wewnętrznym ogniem.
Jeśli chcesz zrobić takie spotkanie, zamknij oczy i zostań bardzo mocno w „tu i teraz”.
Poczuj swoje ciało. Stopy na podłodze. Oddech. Nie wskakuj całą sobą w przeszłość, żeby ta historia Cię nie zassała. Ta mała dziewczynka nie potrzebuje drugiej przerażonej dziewczynki. Ona potrzebuje obecnej, spokojnej, dorosłej kobiety, która potrafi ją przytulić i zostać z nią w kontakcie.
Spójrz na tę małą dziewczynkę z czułością. Ona nie była „za słaba” czy „niewystarczająca”. Po prostu nauczyła się, że żeby dostać miłość i akceptację, musi zadowalać innych. To był jej sposób na przetrwanie. Dlatego zamiast kolejny raz zakładać maskę silnej kobiety, możesz po prostu zatrzymać się przy sobie. I powiedzieć tej małej dziewczynce: „Kochana, widzę Cię. Dziękuję, że dałaś radę. Teraz już możesz odpocząć. Jesteś bezpieczna”.
A jeśli czujesz, że to jest dla Ciebie zbyt trudne, możesz zrobić to w obecności osoby, która potrafi bezpiecznie Cię przez ten proces przeprowadzić.
Krok 3: Zrób coś inaczej i zacznij puszczać kontrolę
To był chyba jeden z najważniejszych kroków. Zacząć robić pewne rzeczy inaczej – nawet jeśli początkowo było to niewygodne i nie dostawałam za to oklasków. Bo kontrola daje bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa.
Podświadomość mówi:
- „Jestem bezpieczna, kiedy nadskakuję”.
- „Kiedy inni są zadowoleni, wtedy mnie nie odrzucą”.
Dlatego na początku nawet małe zmiany mogą wywoływać lęk. Ale nie musisz od razu rzucać się na głęboką wodę. Naprawdę wystarczy najmniejszy krok. Jedno „nie”. Jedno zatrzymanie się. Jedna sytuacja, w której nie pobiegniesz ratować wszystkich wokół kosztem siebie.
I kiedy poczujesz, że znowu biegniesz ze swoim pudełkiem zapałek, zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie: chwila… to są moje zapałki i moje ognisko. Czy ja naprawdę mam dziś siłę, zasoby i ochotę, żeby pomagać?. Sprawdzaj to ze sobą spokojnie. Krok po kroku. Bez przemocy wobec siebie.
Co możesz zrobić teraz?
Kiedyś wydawało mi się, że w asertywności najważniejsze są techniki i odpowiednie komunikaty. Dziś wiem, że najważniejsze jest to, co dzieje się u źródła. Bo jeśli w środku nadal żyje lęk przed odrzuceniem, nawet zwykłe „nie” będzie kosztowało Cię ogrom energii.
Bezpłatna 15-minutowa sesja audio
Przygotowałam dla Ciebie bezpłatne nagranie audio, w którym prowadzę Cię swoim głosem do większego kontaktu z ciałem, emocjami i przekonaniami, które blokują Twoje „nie”.
Proces „Od miłej do wolnej kobiety”
A jeśli czujesz gotowość, żeby wyjść z roli tej miłej w bezpiecznym i uważnym prowadzeniu, zapraszam Cię do mojego procesu indywidualnego 1:1. To proces powrotu z życia w napięciu i nadmiernym dostrajaniu się do innych do życia, w którym możesz w końcu odetchnąć i być naprawdę sobą.
Dziękuję Ci, że byłaś tutaj ze mną. Trzymaj się ciepło i do usłyszenia.

